Uczucia, emocje, czucie

Uczucia, emocje i czucie. Czy jest jakaś różnica? Z mojego osobistego doświadczenia wiem, że jest zasadnicza. Emocje mają swoje miejsce w ciele, są związane z ciałem i mają potencjał pozytywny lub negatywny. Za pomocą emocji nasze ciało komunikuje się z umysłem. Tłumienie emocji więzi emocje w ciele, najpierw emocjonalnym potem fizycznym. W wielu książkach, np. Louise Hay, można przeczytać, iż stłumiona przez lata emocja powoduje chorobę. Współczesna nauka zaczyna przychylać się temu pomysłowi, można przytoczyć tu prace Bruce'a Lipton'a.

Moim zdaniem, wszyscy mamy zdolność odczuwania uczuć innych ludzi i możemy wychwytywać je z otoczenia. Nie jest to nic nadzwyczajnego, każdy właściciel psa albo kota wie, że zwierzęta wyczuwają, np. strach. Dlaczego my ludzie mielibyśmy być inni?

I tutaj pojawia się ostatnie pojęcie. Czucie. Czym jest czucie? Czucie to świadomość emocji. Odczuwanie to skupiona uwaga na danej emocji.

Jeśli skupi się uwagę na emocji i poczuje ją bez oceniania, tylko się ją obserwuje z pozycji świadka, zaczyna się ona uwalniać z ciała jak powietrze z przebitego szpilką balona, potem pojawia się następna i następna aż zapanuje spokój... i mamy kontakt z bezkresną miłością i spokojem własnego jestestwa.

Odkryłam to już dość dawno, po inicjacji Reiki. Spędzałam na takim procesie całe noce. Płynąc z emocją, czasem pojawiały się wspomnienia, wybaczałam tym osobom i szłam dalej. Kluczem jest całkowita akceptacja emocji, zarówno pozytywnej jak i negatywnej. Z czasem poznałam odpowiednie narzędzia. Teraz przeprowadzam przez podobny proces innych.

Uwalnianie negatywnych emocji, czyli inaczej uzdrawianie ciała emocjonalnego jest bardzo ważne, gdyż to właśnie te stare rany i blizny odgradzają nas od poczucia szczęścia, które jest dla każdego naturalne.

Eckhart Tolle nazywa to ciałem bolesnym. Bo rzeczywiście nieuwolnione emocje więzią energię, dlatego osoby depresyjne nie mają na nic siły. Carl Gustav Jung mówił o nieświadomości i o strefie cienia. Wszystko, co w dzieciństwie wyparliśmy, co uważaliśmy za negatywne, ukryło się i jest obecne w naszej podświadomości, tam działa z ukrycia. C.G.Jung nie uważał jednak cień za złą rzecz, ponieważ tam też uwięziona została energia życiowa (Jung nazywał ją Libido, inaczej niż Freud, gdyż u Freud'a Libido było tylko energią seksualną). Praca z cieniem była kluczem do procesu samopoznania, czyli indywidualizacji. Cień to czyste złoto.

Poznałam osoby zajmujące się rozwojem duchowym, które uważały emocje za coś zbytecznego. Uważam że nic bardziej mylnego. Emocje i uczucia są bardzo ważne. Problem w tym że upośledzamy naszą funkcję czucia. Społeczeństwo uważa okazywania emocji za słabość. Tłumimy je lekami, bronimy się przed nimi. Biczujemy się za to, że czujemy tak jak czujemy i odcinamy się coraz bardziej od czucia, stajemy się odrętwiali... Tymczasem czucie, stanowi o naszej empatii, a empatia stanowi o człowieczeństwie. Uczucia - nawet te negatywne - są drogowskazami, nauczycielami, dzięki nim wiemy czego nie chcemy, a w rezultacie, czego chcemy. Jeśli wyłączymy funkcję czucia, nie jesteśmy w stanie odczuwać radości, szczęścia czy miłości. Emocje i uczucia są podstawą naszych wyborów. Nawet jeśli z pozoru wybieramy głową, zawsze ukryta jest pod tą decyzją emocja. Funkcja czucia jest gwarancją przeżycia. Jest motorem naszego szczęścia. Oświecenie nie jestem brakiem uczuć, jest ich całkowitą akceptacją.

Problem w nie tkwi w negatywnych emocjach ale w tym, że nie wiemy jak ich używać, ich przewodnictwa. Każda emocja jest ważna, każda ma jakiś cel, nawet ta najgorsza. Straszne czyny nie są popełniane z powodu danej emocji ale z tego powodu, że ta emocja jest stłumiona, zepchnięta do podświadomości, do strefy cienia i tam tkwi w ukryciu, po czym albo zostaje przeprojektowywana na kogoś innego albo ukradkiem zostaje wcielona w czyn; wtedy właśnie tworzy się krąg krzywdy. Każdy oprawca był kiedyś ofiarą i przekazuje tylko stłumiony w sobie ból. Gdybyśmy od dziecka uczyli się świadomości emocjonalnej, myślę że moglibyśmy w końcu wyeliminować konflikty zbrojne i wojny!

Jest też masa narzędzi pomagających usuwać stare emocjonalne złogi. Polecam książkę pt. "The Journey" - Brandon Bays albo "Radykalne wybaczanie" - Colin'a Tipping'a.

Można spróbować następującej medytacji:

Należy usiąść i się wyciszyć. Wsłuchać się w swój oddech, następnie w ciało i obserwować, czy jest takie uczucie dyskomfortu. Wzmocnić to uczucie i powinna pojawić się jakaś emocja. Jeśli to się nie stanie, można obserwować emocje z pozycji świadka, przy wyciszonym umyśle. Na pewno coś wypłynie. Następnie z miłością można powiedzieć do obecnej emocji: "jestem tu dla ciebie i całkowicie cię akceptuję", i stworzyć miejsce i po prostu bez oceniania obserwować tę emocję, pozwalać jej narastać i narastać. Na tym etapie może pojawić się wspomnienie, albo dużo wspomnień... Należy trzymać się emocji i danej wibracji, nie wchodzić głębiej we wspomnienia tylko w emocje, można zapytać o to najwcześniejsze. Zapytać wewnętrznego dziecka, co byłoby potrzebne by uleczyć ten ból w tym najwcześniejszym wspomnieniu. I otoczyć tę emocję miłością, całkowicie zaakceptować cokolwiek to jest: strach, ból, nienawiść... Emocja powinna się rozpłynąć, ale być może pojawi się następna i następna. Można do nich wracać i uwalniać je w ten sam sposób, aż do momentu całkowitej ulgi. Aby zintegrować je w sobie można z tego miejsca ulgi obejrzeć jeszcze raz wszystkie negatywne wspomnienia i okaże się, że patrzymy na nie w zupełnie nowy sposób, straciły one swoją negatywną wymowę. Bardzo ważne jest sprawdzenie, czy wybaczyło się obecnym w wspomnieniach osobom i sobie. Wybaczanie jest bardzo ważne ale bardzo często, podczas uleczania ciała emocjonalnego, przychodzi naturalnie. Jak w czasie każdej medytacji, niczego nie wymuszać i nie oceniać. Proszę dać sobie czas. Połączenie z wypartymi emocjami wymaga czasu, praktyki i delikatności. Ciało może reagować, np. bólem, napięciem. Jeśli jest to zbyt trudne, można zawsze wrócić do koncentracji na oddechu i spróbować ponownie. Jeśli uwolni się jedną emocję, bardzo często zdarza się, że pojawia się następna i następna... Na końcu pojawi się poczucie pustki... Może to być trochę przerażające... Ale za poczuciem pustki, jeśli się w nie wskoczy, jest tylko ocean wewnętrznego spokoju!

 

Tekst: Sylwia Bartosz ”Inner Goddess” https://theinnergoddess.live/

Ilustracja: ”Baloon” by Adam Kos  

 

Niedostępność

Na pewno każdy z nas zauważył pewne zjawisko. Ona jest mało zainteresowana tym kto okazuje jej względy, a ten nieprzystępny tak zwany "bad boy" wzbudza jej pożądanie. Oczywiście w odwrotnej wersji płci też to działa. Dlaczego tak jest, iż często gardzimy tymi którzy ofiarują nam wszystko a uganiamy się za tymi którzy dają nam okruszki? Dlaczego niedostępność emocjonalna jest atrakcyjna? Czy jesteśmy masochistkami?

Myślę, że prawie  każda kobieta kiedyś się zakręciła na punkcie kogoś kto ją odrzucał. Lubię seriale na Netflixie i oglądałam ostatnio bardzo zabawny i inteligentny serial pod nazwą LOVE. On niekoniecznie przystojny ale urokliwy, ona śliczna ale pogubiona życiowo. Spotkanie dwóch nietuzinkowych postaci, pokazuje bardzo częste zjawisko, które mówi że... cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz... Tych dwoje się sobie podoba i wydaje się  dogadywać, ale jest to dwójka skomplikowanych ludzi o niezbyt wysokim poczuciu własnej wartości i, jak to w życiu, projektują na siebie nawzajem własne lęki. I zamiast rozwijającej się relacji, spokoju i harmonii mamy próbę sił i emocjonalny roller-coaster. Obie strony chcą tego samego, miłości, ale te desperackie próby odnalezienia jej w tej drugiej osobie kończą się bardzo boleśnie. Zastanawiam się, skąd w nas ta chęć, autodestrukcji i wyczerpywania się emocjonalnie w relacji z drugą osobą. Dlaczego wiele osób wpada w tę pułapkę zabawy w kotka i myszkę?

Niekoniecznie zawsze w tej wersji, ale bardzo częsty jest w naszych czasach schemat, który ja nazywam "dwoje dzieci w piaskownicy". Ona nakarmiona w dzieciństwie bajkami o księżniczkach i filmami w stylu „żyli długo i szczęśliwie”, ma wyśnioną wizję swojego związku, czytaj - swoją we własnej wyobraźni piaskownicę, w której są różnorakie zabawki typu: ślub w sukni z welonem, domek z ogrodem, wspaniały seks, romans, kwiaty każdego dnia itd. itp... Oczywiście pragnie tego męskiego wspaniałego księcia - wybawiciela od jej wszystkich problemów, i kiedy go znajdzie całą energię poświęca na to, aby on bawił się z nią w piaskownicy jej zabawkami, zapominając zupełnie, że ma do czynienia z drugim człowiekiem. On chętnie wchodzi do piaskownicy, żeby pociągnąć dziewczynkę za warkoczyk, ale jak się już znajdzie w tej piaskownicy, to przestaje mu się już ta zabawa podobać, i zaczyna szukać wyjścia, jak tu uciec. Jedni chłopcy po prostu odchodzą, inni udają, że się bawią ale tak naprawdę też uciekają, w głąb siebie i stają się emocjonalnie odizolowani. Dla niej zabawa jej zabawkami jest tak ważna, gdyż jest dla niej pewnego rodzaju ukojeniem, a każdy jego sprzeciw, bardzo prawdziwie ją boli, ponieważ trafia w uczucie odrzucenia, które pierwotnie bardzo często jest uczuciem odrzucania przez własnego ojca. Można by ją za to krytykować, i pokazać jakie to samolubne ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Często w tej kobiecie tkwi mała dziewczynka, odrzucona przez ojca, bezskutecznie starająca się zwrócić na siebie jego uwagę. Prawda jest taka, że niezaleczone rany z dzieciństwa i nieszczęśliwe wewnętrzne dziecko powodują podświadomą reakcję, i nasze emocje są jak zacięta płyta, a każdy mężczyzna otwiera tę starą ranę na nowo, dopóki nie wyleczymy jej same.

Pokolenie naszych rodziców było pierwszym pokoleniem po wojnie. Wojna jest traumą. Indianie mawiali, że musi minąć 7 pokoleń aby zneutralizował się wpływ takich wydarzeń. Wielu z nas Polaków dorastało w rodzinach silnych, krytycznych i zawsze gotowych do samo-poświęcenia matek, i prawie nieobecnych, zamkniętych w sobie ojców. Jako małe dziewczynki potrzebujemy uwagi rodzica płci przeciwnej. Jeśli tata był dla nas emocjonalnie nieosiągalny, czujemy pustkę, i podświadomie będzie nas ciągnęło do tak samo emocjonalnie niedostępnych partnerów. Tak samo mężczyźni, często synowie nadgorliwych matek i nieobecnych ojców, czują się podświadomie obciążeni wszechobecnością własnej rodzicielki i postanawiają nigdy nie dorosnąć, być wiecznym chłopcem. Często boją się odpowiedzialności i złapania w pułapkę, i tym samym przyciągają do siebie bardzo kontrolujące kobiety. Więc po okresie pierwszych zalotów, mamy dwoje dzieci w piaskownicy, gdzie mała dziewczynka ze wszystkich sił stara się zwrócić uwagę tatusia i chłopca, który czuje się obciążony i przytłoczony nadgorliwą miłością własnej mamusi. Żeby ona i on mogli być wreszcie wolni, konieczna jest praca nad wewnętrznym dzieckiem. Trzeba uleczyć stare rany i dorosnąć. Wtedy można wyjść poza mitologię, zarówno tę społeczną jak i tę z najbliższej rodziny, i zacząć budować swoją własną historię i zdrowe relacje oparte na prawdziwej więzi człowieka z człowiekiem, a nie na wymyślonej wizji tego idealnego związku.

Zaznaczyłam tutaj też problem, który jest bardzo istotny, mianowicie problem nieobecnego lub słabego ojca, ale jest to temat tak szeroki, iż poświęcę mu osobny artykuł. Temat nieprzystępności emocjonalnej jest tak częsty, że poświecę mu kilka osobnych artykułów w mojej kolumnie.

Ile razy słyszymy... „to pewnie jeszcze nie ten właściwy”. Co to właściwie znaczy? Jak często jesteśmy przywiązane do swojego mitu w głowie, zamiast otworzyć się na drugiego człowieka w całej jego różnorodności. Spójrzmy na to inaczej, jak często my kobiety uganiamy się za jakimś wyimaginowanym wzorcem, jak kot za bańką mydlaną, kiedy ją złapiemy... buch - nie ma! Jak rozpoznać życie od iluzji, tylko poprzez poznanie samych siebie.

Innym powodem dlaczego tak bardzo kręci nas niedostępność, jest fakt, że jesteśmy często wychowywane w przekonaniu, iż chwalebnie jest poświęcać samą siebie dla innych. Zapętlenie na temat poczucia odrzucenia jest często spowodowane odrzucaniem samej siebie. Nie czujemy się wystarczająco warte miłości i uwagi, dlatego ktoś kto rzuca nam okruszki ze stołu działa jak narkotyk. Poczucie odrzucenia jakie czujemy przy tym człowieku jest gorzkie ale znajome, znamy dobrze to uczucie z dzieciństwa, dlatego też jak koń z klapkami na oczach, wracamy do tej osoby która nie daje nam nic, a każda nasza próba jest niemym krzykiem, kochaj mnie i pokaż przez to, że coś na tym świecie znaczę, ale to co się pojawia to coraz więcej pogardy dla samej siebie. Budujemy sobie iluzję wokół tej postaci, obiektu naszych marzeń, i myślimy „gdyby tylko on był inny”... Celowo użyłam słowa obiekt, gdyż jesteśmy tak zakręcone we własnej obsesji, że tak naprawdę nie możemy zobaczyć drugiego człowieka, nawet jeśli dzieli z nami łoże każdego dnia. Jest na to tylko jedna rada. Zacząć od siebie! Praca nad własnym poczuciem wartości, samopoznanie i zwrócenie się w głąb siebie, pozwoli nam się otworzyć na innych i na miłość. Nie można kogoś kochać naprawdę, nie kochając samego siebie. Miłość niczego nie żąda i nie jest samolubna, a strach jest pełen litości i wymagań. Porzucenie oczekiwań i odrzucenie kontroli, jest krokiem ku szczęściu i wewnętrznej wolności.

Sylwia Bartosz

Jak być Singlem?

Jak być Singlem?

 

Z koleżanką, wybrałyśmy się do kina na film "How to be single". Film nie zawiódł moich oczekiwań i okazał się tym czego można się było spodziewać,luźną komedią.  Tematyka oczywiście krąży wokoło romansów i rożnego rodzaju perypetii bohaterów, ale końcowa puenta jest nieco inna niż w innych tego typu produkcjach. Każdy tego typu babski film od kiedy pamiętam, kończy się w jeden sposób: bohaterka zdobywa serce tego jedynego i żyją długo i szczęśliwie. W tej komedii jest trochę inaczej,nie chcę psuć efektu dla tych który nie widzieli. Powiem tylko , iż chodzi tutaj o odnalezienie samej siebie. Film zwraca uwagę na coś o czym ja ciągle piszę i ciągle podkreślam - nie da się zbudować zdrowej partnerskiej relacji, będąc w konflikcie z samą sobą.

Przyjrzymy się np"Seksowi w wielkim mieście". Bohaterki serialu mają wspaniałe kariery, osiągnęły wielki sukces, jednak cała ich uwaga skupia się wokoło relacji z mężczyznami. Powoduje to wiele frustracji w nich samych. Zastanawiałam się dlaczego tak jest,że te niezależne kobiety zamiast cieszyć się wygodnym życiem, obsesyjnie szukają tej drugiej połowy....tak jakby same dla siebie były tylko połową.

Jeszcze 100 lat temu kobieta,  była całkowicie zależna od mężczyzny, zarabianie na rodzinę było tylko i wyłącznie rolą mężczyzn. Nic dziwnego, iż zdobycie odpowiedniego mężczyzny było niezbędne dla przetrwania kobiet w tamtym czasie. Niezależność i wolne myślenie u płci pięknej, była traktowana jako niebezpieczna. Model kobiecości był zupełnie inny. Jako ludzie jesteśmy stadni, i uczymy się życia po przez naśladowanie. Jest to najbliższa rodzina ale także społeczeństwo. Baśnie, mity i legendy zawsze spełniały rolę pewnych wytycznych. Uczyły dzieci jak sobie radzić z emocjami, i wyznaczały normy zachowań.  Żyjemy w okresie tak szybkich zmian cywilizacyjnych i społecznych, iż być może nie miałyśmy czasu zbudować sobie nowych modeli do naśladowania...(?)

Kiedy jesteśmy małe, historie i baśnie jakie są nam czytane i opowiadane kształtują nasze pojęcie o życiu. jest to fakt powszechnie znany współczesnej psychologii. Baśnie i legendy zawierają w sobie archetypy naszych wyobrażeń i przyszłych zachowań. I zastanawiam się, czy stare baśnie i legendy odpowiadają na wymagania dzisiejszej rzeczywistości? Na pewno kiedyś uczyły podstaw przetrwania, ale czy robią to dziś? Czy można zaryzykować stwierdzenie, iż świat się zmienił na tyle, że potrzebujemy nowych wzorców zachowań i modeli do naśladowania? Np. Kopciuszek to biedna dziewczynka maltretowana ofiara, która z pokorą znosi swój los, podświadoma wiadomość jest taka, że spotka ją za to nagroda w postaci księcia który ją uratuje a oprawców spotka zasłużona kara. Prawda czy fałsz? Myślę , że gdyby Kopciuszek poszła do psychoanalityka, to została by zdiagnozowana jako, Dorosłe Dziecko Narcystycznych rodziców, która przyjęła rolę kozła ofiarnego, stwierdzono by u niej duże prawdopodobieństwo do wchodzenia we współuzależnione związki i trafiła by na terapie zamiast do księcia.

W przypadku Królewny Śnieżki, nie wygląda to lepiej, kobieta silna jak macocha, królowa jest ukarana. Śnieżka zjada zatrute jabłko ,( symbol kobiecości  i seksualności w wielu kulturach)  i zasypia, i oczywiście lekarstwem na to może być tylko książę. Pokazuje że silna kobiecość niezależność i seksualność jest niebezpieczna i zła - bądź grzeczną i skromną. Mała syrenka, która oddaje swój głos w imię miłości do księcia. Głos, to wyrażanie siebie, podświadomy przekaz, musisz poświęcić swój głos by przetrwać, głos czyli wolną  wolę i niezależność .

Oczywiście bardzo to wszystko upraszczam. Symbolika tych baśni jest o wiele głębsza. Jednak nie da się ukryć faktu, że pewne symbole i informacje które na pewno miały znaczenie i były czymś bardzo ważnym w dawnym świecie męskiej dominacji, gdyż dla ówczesnych kobiet były gwarancją przetrwania, są nadal wgrywane, w nas, współczesne kobiety,  jak stare nagrania. Wystarczy spojrzeć na historie żeby widzieć, iż kobiety które wyrażały siebie, często kończyły w tragiczny sposób. Palone na stosie, jak Joanna D'Arc albo z odciętą głową jak Anna Boleyn. Nic dziwnego , że w baśniach i legendach istniała informacja, mówienie własnym głosem jest nie bezpieczne, czekaj na księcia, bądź bierna a przetrwasz. Można zadać sobie pytanie, jak działa ten stary schemat wgrywany w podświadomość dzieci we współczesnym świecie , które nie mają do czynienia, ze świętą inkwizycją, za to muszą chodzić do szkoły i żyć w kulturze facebooka. Jaki ma to sens, czy może robi więcej szkody niż pożytku? Moim zdaniem, jest to sprzeczny komunikat. Nie można być jednocześnie silną i słabą.

Jest jeszcze jedna ważna informacja, kto zadał sobie trud i zajrzał do oryginalnych wersji baśni i mitów, zobaczy, że często są dużo mroczniejsze niż wytarte współczesne wersje a ich symbolika jest o wiele głębsza. Archetypy w nich zawarte są uniwersalne i ponad czasowe. Jest wiele opracowań symboliki baśni i legend. Moja ulubiona to oczywiście "Biegająca z wilkami". Myślę , że warto się zastanowić jaką wersję danej historii przekazujemy dzieciom.

Wróćmy jednak do tematu, oglądałam ostatnio wywiad z Elizabeth Gilbert, i zwróciła ona uwagę na fakt , iż nie mamy zbyt wiele wzorców kobiet z których mogłybyśmy czerpać, i uczyć się mądrości. Stare sposoby nie działają. Nic dziwnego, że tak trudno jest nam się odnaleźć.

Indianie mówią, iż musi minąć 7 pokoleń aż pewien schemat myślowy zmieni się całkowicie. Mamy za sobą zaledwie ponad 100 lat emancypacji kobiet. Najpierw wyzwoliłyśmy się politycznie fizycznie potem mentalnie.  Seks w wielkim mieście był kręcony w latach 90. W ich mentalności bohaterek nadal widać małe dziewczynki czytające historie o  księżniczkach.. Jednak uważam, że serial ten był milowym krokiem na drodze do innego rodzaju wyzwolenia, mianowicie wyzwolenia emocjonalnego. Myślę, że największym sprawcom sukcesu tego serialu jest fakt, iż mówi on o uczuciach. To co i w jaki sposób czujemy jest bardzo ważne! Bohaterki są prawdziwe w tym co czują, i nie boją się tego okazywać. Niby nic takiego, serial często jest wyśmiewany, ale jeśli by spojrzeć jak przedstawiana była kobieta nawet dekadę wcześniej, jest to prawdziwa rewolucja.

Nowego rodzaju powieści dla nastolatków takie jak "Hunger Games" pisane są przez kobiety i ich bohaterkami są kobiety. Jest tam też obecny dramat moralny. Wyraźnie widać zmianę w mentalności, droga bohatera nie jest już tylko zarezerwowana dla mężczyzn. Myślę, że nie jest to też tylko powielanie męskiego archetypu w wersji super baba jak Lara Croft. Bohaterki są silne ale też dziewczęce, nie boją się pokazywać emocji i słabości.

Produkcje jak "Orange is New Black" są pełne wspaniałych kobiecych charakterów i skupiają się na relacjach między kobietami. Myślę, że film i telewizja są narzędziami dzięki którym budujemy nowe baśnie i nowe wzorce do naśladowania. Wszytko to dzieje się na naszych oczach, bardzo, bardzo szybko, i sądzę, że jest na dobrej drodze.

Stare baśnie i legendy są równie ważne, ale powinny być interpretowane nie tracąc swojej mądrości i głębi. Nawet przekaz lekkich komedii jak "How to be single" zmienia się z duchem czasu. A brzmi on, bądź sobą, czuj i spełniaj się, dla siebie, to wystarczy.

 

Sylwia Bartosz

Jedz, Módl się, Kochaj!

Jedz, Módl się, Kochaj!

Jednym z moich ulubionych filmów jest „Jedz, módl się, kochaj". Niedawno przeczytałam książkę Elisabeth Gilbert, na podstawie której nakręcono film. Napisana bardzo prostym językiem, chwyciła mnie za serce. Myślę, że wielkim atutem tej pozycji jest to, iż napisana jest na podstawie własnych doświadczeń autorki. Elisabeth Gilbert jest też niewiarygodnie szczera w opisie swoich emocji. Emocje i uczucia są czymś, o czym w dzisiejszym zabieganym  świecie bardzo często zapominamy.

Czytając „Jedz, módl się, kochaj" autorka zmusza nas do zastanowienia się nad tym co naprawdę czujemy i czego naprawdę chcemy. Często jesteśmy wychowywane w przekonaniu, że trzeba być skromną i że szlachetnie jest poświęcać się dla innych, dzieci i rodziny, a że egoistycznie jest myśleć o sobie. Nic dziwnego, że wiele z nas tak naprawdę nie wie, jakie mamy potrzeby. Wzrastamy więc patrząc na nasze matki, obciążone obowiązkami, zawsze stające na wysokości zadania, po pracy padając z nóg gotujące obiad z dwóch dań i dbające o idealnie czysty dom. I myślimy... my nie możemy zawieść, jak dorośniemy też będziemy miały idealny dom męża, dzieci i psa. Słyszymy o tym, jak ciężko było za czasów młodości naszych matek, że trzeba było po wszystko stać w kolejkach, a kupienie kawy i czekolady graniczyło z cudem... i słyszymy... jaką wielką szansę w życiu mamy. Myślimy wtedy... „nie możemy zawieść i musimy wykorzystać szansę życia w lepszych czasach, musimy mieć wspaniałą karierę, pracę i dobre wynagrodzenie.” Zaczynamy wcześnie, chodząc do szkoły i przynosząc piątki i wyróżnienia za dobre zachowanie, potem studia. Potem mężczyzna: „może nie jest najbardziej romantycznym typem, ale ma dobrą pracę i jest z dobrej rodziny, na pewno będzie dbał o dom.” Wychodzimy za mąż, rodzina jest zadowolona, matka ma łzy w oczach. Potem pracujemy by spłacić kredyt, potem dzieci itd... potem obowiązki, życie dzień za dniem. I tak możemy spędzić lata, czasem całe życie... chyba że nagle deszczowej jesiennej nocy, budzimy się na leżąc na zimnych kafelkach, w łazience, tonąc w kałuży łez... Nie wiemy czemu tak się dzieje... przecież mamy wszystko, czego chciałyśmy... Wszystko jest idealne, jednak coś jest nie tak... Nagle po wielu dniach udręki, zadajemy sobie pytanie, które brzmi tak obco jakby było wypowiedziane w języku z innej planety: „Kim jestem i czego naprawdę chcę z serca dla siebie?”

I o tym jest ta książka, o takim przebudzeniu. Nie każdą z nas stać jest na podróż do słonecznej Italii, egzotycznych Indii i tropikalnego raju jak Bali żeby się odnaleźć. Pierwszym krokiem jest zadanie sobie tego jedynego właściwego pytania.

Zawsze byłam osobą, która ma swoje pasje i zainteresowania, dość jednak szybko dostrzegłam obecność płci przeciwnej. I mogę się utożsamić ze stwierdzeniem bohaterki, że „odkąd pamięta, zawsze była uwikłana w jakiś dramat z facetem i nie miała czasu żeby pomyśleć o sobie.” Kiedyś, moja bardzo twardo stąpająca po ziemi znajoma, kiedy żaliłam się jej na jakąś tam kolejna życiową sytuację, jakiś kolejny damsko-męski dramat, jaki w tamtym okresie przeżywałam, podsumowała to jednym stwierdzeniem: „Ach ci faceci, zajmują bardzo dużo miejsca w głowie, prawda?" Od razu przyszło mi, do mojej pełnej myśli głowy, pytanie: „co by się stało, gdybym zwolniła ten teren?” Teraz zgadzam się z Richardem z Teksasu (jeden z bohaterów książki), że „wszechświat by to wypełnił czymś, czego teraz naprawdę nie jesteś w stanie sobie wyobrazić.”

W swojej pracy nad sobą stwierdziłam w pewnym momencie, że jestem do pewnego stopnia uzależniona od melodramatu... Starałam się coś z tym zrobić ale bardzo długo szukałam przyczyn takich zachowań. Będąc singlem skupiałam się na poznaniu partnera, potem na pierwszych etapach związku, problemach... aż dotarło do mnie, że to nie ma końca, bo zawsze pojawia się coś nowego, co powoduje emocjonalną relację. Miałam wrażenie, że jak już osiągnę to coś, co w tym momencie było na tapecie, to będzie to brama do raju i wiecznej szczęśliwości... Tak się jednak nie działo. Wtedy pewien przyjaciel zapytał: „A ty kochana, masz partnera, czy nowy projekt do wykonania?”

Kobiety od maleńkich lat uczone są tego, że dobrze i chwalebnie jest rezygnować z samych siebie. Jednak jeśli nie spełniamy własnych potrzeb, mamy w sobie poczucie pustki, jakby czegoś nam brakowało... I tu przychodzi cała propaganda. Od maleńkości jesteśmy karmione bajkami o księżniczkach, które z opresji ratuje książę na białym koniu. Zaczynamy wierzyć w pewien mit, który brzmi tak: „Czuję się źle, bo nie ma tego jedynego koło mnie, jak się pojawi, to to straszne uczucie we mnie zniknie i wszytko się zmieni. Czuję się źle, bo on jest taki i taki, jak on się zmieni, to to uczucie we mnie zniknie i będę szczęśliwa. Koleżanki mówią, może to nie ten...” Zaczynamy coraz bardziej wątpić... w niego... ale szczerze, to wątpimy w siebie... Patrzymy na uśmiechnięte pary w telewizji i chce nam się wyć. Co jest ze mną nie tak!

Wszystko jest w porządku, kochana... po prostu nie skupiasz się na tym, co trzeba. Na początek, należy się pozbyć tej bajki z głowy, o tym wyśnionym właściwym, jest to trudne, bo wiele z nas jest do niej bardzo przywiązanych. Prawda jest taka, ten idealny nie istnieje! Żaden mężczyzna nie jest księciem a żadna kobieta księżniczką! Trzeba przestać czekać i zająć się sobą. Do takiego właśnie wniosku dochodzi bohaterka innej książki: "How To Be Single", o której napiszę osobny artykuł. Związek dwojga ludzi to spotkanie dwóch światów, dwóch osobowości. Nie ma idealnych związków, tak samo jak nie ma idealnych ludzi. Są jednak szczęśliwi ludzie i szczęśliwe pary. Szczęście nie jest czymś, co się przydarza, jest praktyką codziennego życia. Szczęście nie polega na braku problemów tylko na umiejętności radzenia sobie z nimi. Ten „jedyny” to mit, który jest dość fatalny w skutkach, bo wiecznie czekamy na coś, zamiast cieszyć się tym co mamy! Bardzo często takie obsesyjne myślenie o swoich relacjach jest jak narkotyk, uzależniamy się od tego dreszczyku i motyli w żołądku kiedy jest dobrze, ale także niestety tak samo uzależniamy się od adrenaliny kiedy jest źle... Każdy nałóg jest ucieczką i jest sposobem na wypełnienie pustki w nas samych. Najważniejsze jest, czego tak z serca dla siebie pragniemy(?) Musimy być szczęśliwe same z sobą, by znaleźć pasującego do nas partnera. Żaden mężczyzna nie stanie się lekarstwem na tkwiącą w nas pustkę, być może przeżyjemy kilka miesięcy w różowych okularach ale potem czara goryczy wyleje się na nas ze zdwojoną siłą. Możemy pozostać wtedy małymi dziewczynkami i płakać, jaki to ON okrutny jest, jak to nie mamy szczęścia w życiu, słuchać porad innych małych dziewczynek, że to nie TEN właściwy widocznie... albo dorosnąć i zapoznać się ze swoją własną MOCĄ!

Podstawa budowania szczęśliwego partnerstwa, to partnerstwo z samą sobą. Przyjemność jest czymś innym niż potrzeba. Na poziomie czakramów, potrzeba jest czymś niezbędnym, potrzeba do przetrwania, i znajduje się na pierwszym czakramie podstawy. Przyjemność jest to coś, bez czego możemy przetrwać, ale dzięki temu życie ma smak! Autorka książki spędza całe 3 miesiące we Włoszech ciesząc się prostymi przyjemnościami, jak jedzenie, słońce, piękno i przyjaciele. Różnica pomiędzy potrzebą a przyjemnością jest taka, jak różnica pomiędzy zjedzoną w biegu kanapką a wykwintną kolacją przy świecach. Bardzo często nasze wychowanie sprawia, że zapominamy o przyjemnościach. Nie trzeba spędzić trzech miesięcy w Rzymie, żeby się zacząć uczyć smakować życie. Można codziennie sprawiać sobie samej małą przyjemność, choćby to miał być kubek dobrej kawy i przeczytanie artykułu w gazecie. Warto znaleźć na to czas i w sposób świadomy cieszyć się tym. Warto robić sobie samej prezenty, jak pachnąca kąpiel, wizyta u fryzjera. Ten czas spędzony na byciu dobrej dla samej siebie sprawi, iż będziemy miały więcej energii!

W drugiej części książki Liz udaje się do Indii. Ten czas spędza na praktyce duchowej. Jest to czas rozliczeń z przeszłością i pracy nad sobą. Polecam prace nad samą sobą, w jakiejkolwiek formie. Może to być przeczytanie książki, codzienna praktyka medytacji. Większość z nas uważa się za jednostki wolne. I tak, posiadamy wolną wolę, ale tak naprawdę większość naszych zachowań i emocji jest jak nagrania, które zostały zaprogramowane w dzieciństwie i do dziś nasza podświadomość działa na tych programach... Poznanie kodów do tych programów jest jednym z kluczy do tego co C.G. Jung nazywał procesem indywidualizacji.

Na Bali, Liz poszukuje balansu. Jest czas budowania nowej siebie. Wtedy właśnie kiedy doceniła życie, odpuściła przeszłość i nauczyła się kochać samą siebie, pojawia się w jej życiu odpowiedni mężczyzna! Kiedy nie szuka miłości jak narkotyku, który ma ukoić jej poranioną duszę, Liz spotyka swojego życiowego partnera. Jako świadoma swojej wartości kobieta, nie szuka już księcia z bajki, potrafi stworzyć świadome partnerstwo. W filmie jest scena, której nie ma w książce, filmowa Liz wybiera się na party na Bali, tam imprezuje z przystojniakiem i podchmieleni udają się na plażę by popływać. Chłopak bezceremonialnie rozbiera się do naga. Ta wesoła scena jest momentem przełomowym dla bohaterki. Zdaje sobie ona sprawę, iż kiedyś byłaby zachwycona możliwością interakcji z młodzieńcem, teraz szuka w życiu czegoś zupełnie innego... I wypowiada słowa: „Chodziłam z tobą rok temu, chodziłam z tobą 15 lat temu, jesteś przystojny, ale nie – dziękuję." Wie, że w przeszłości, mimo tego że miała wiele różnych związków, opierały się one na tym samym ogranym schemacie. Imiona facetów się zmieniały ale każda nowa relacja przypominała poprzednią. Liz jest wolna od przeszłości, może odejść, zostawić chłopca i zacząć życie z mężczyzną.

Liz ma odwagę wyruszyć w podróż życia, ma do tego też warunki, jest to jednak tak naprawdę podróż wgłąb samej siebie. W dzisiejszym zwariowanym świecie, bardzo często ciężko nam znaleźć czas dla siebie i nierzadko nie możemy sobie pozwolić na luksus roku spędzonego za granicą, na duchowych poszukiwaniach. Ale możemy zacząć od zaraz. Od czasu spędzonego z dobrą książką, od kolacji z przyjaciółmi, nie trzeba wyjeżdżać do Indii, by poznać siebie, można poszukać medytacji w internecie i poświęcać 20 minut dziennie, by zanurzyć się wgłąb swojego jestestwa, można poświęcić czas na dawno zapomnianą pasję. Życie jest pełnemożliwości, jeślitylkochcemy je zobaczyć.

Sylwia Bartosz 

50 TWARZY MIŁOŚCI!

50 TWARZY MIŁOŚCI!

Unikając uprzedzeń i z czystym sumieniem przeczytałam książkę, która mimo, iż nie jest  arcydziełem literatur, trafiła do tysięcy kobiet, mianowicie „50 Twarzy Grey’a”. Zastanawiałam się dlaczego książka ta stała się aż takim fenomenem popularności? Czy chodzi tylko o fantazje seksualne? Czy chodzi o chłód pana Grey’a, czy o jego zamiłowanie do pejczów i pasów, trafiające w ukryte seksualne marzenia wielu kobiet? Czy może jest w tym coś głębszego, i ukryte archetypy oraz potrzeba dotarcia do Wewnętrznej Bogini jest obecna także w tej niezbyt ambitnej książce?

Subscribe to this RSS feed